Dom Ojca
Kościół
Chrześcijan
Baptystów
w Radomiu

Porządny człowiek

Zawsze byłam bardzo dobrą uczennicą i porządną dziewczyną z porządnego domu. Tak o sobie myślałam, tak widzieli mnie inni.

Wychowałam się w tzw. „porządnym” domu. Urodziłam się 10 lat po wojnie, jako trzecie dziecko moich rodziców, jedyna córka. Rodzice jako nastolatkowie zderzyli się z wojną, przeżyli, ale dopiero po wojnie mogli uzyskać wykształcenie i zdobyć zawód. Podjęli naukę w szkole średniej, potem jeszcze kolejne kroki, szkolenie i studia. Mama została księgową, tata skończył studia i został prawnikiem. Nie byli religijni, jako katolicy spełniali te podstawowe wymagania, bywali na ślubach i pogrzebach, no i oczywiście obchodziliśmy święta, święta Bożego Narodzenia i święta Wielkanocne. To były przede wszystkim imprezy rodzinne z atrakcjami, choinka, bombki, prezenty, opłatek czy święcony koszyczek wielkanocny, malowanie jajek, śniadanie wielkanocne, ale też obowiązkowe dni postu i obowiązkowe wizyty w kościele. Rodzice przestrzegali religijnych rytuałów, organizowali święta, ale nie wiązało się to z żadną duchowością, modlitwą czy rozmową o zdarzeniu, które świętowaliśmy. Święta, święta i po świętach, życie dalej idzie, jak co dzień. Pan Bóg właściwie nie istniał w naszym domu, kościół i religia to były elementy polskiej kultury, polskich obyczajów. Myślę, że rodzice nie mieli świadomości tego duchowego znaczenia świąt – co to znaczy, że Jezus jest Synem Bożym, dlaczego Syn Boga narodził się jako człowiek i dlaczego umarł na krzyżu, jakie to ma znaczenie dla nas, ludzi żyjących na ziemi. I tak to wyglądało, rodzice byli porządni, obowiązkowi, pracowici, prowadzili dobrze zorganizowane, racjonalne życie, pomagali innym, bardzo cenili możliwość kształcenia i tak wychowywali swoje dzieci. Jestem wdzięczna Panu Bogu za moich rodziców, naprawdę nauczyłam się od nich wielu dobrych rzeczy.

No i tak żyjąc w takim dobrym, porządnym domu, byłam zawsze bardzo dobrą uczennicą i porządną dziewczyną. Tak o sobie myślałam, tak widzieli mnie inni. W tamtych czasach, w okresie socjalizmu, duchowość w zasadzie nie istniała. Uznawano teorie ewolucji za prawdziwe i racjonalne, tego uczyliśmy się też w szkole. Ale oczywiście „porządna” dziewczynka chodziła na lekcje religii, przystąpiła do pierwszej komunii i do bierzmowania. To były piękne uroczystości rodzinne, ale niewiele z tego wyniosłam, właściwie nic. W szkole średniej też chodziłam na religię. Jak wszyscy to wszyscy, jak trzeba to trzeba, ale wątpiłam w to, czy Bóg w ogóle istnieje. To takie racjonalne myślenie uczennicy klasy matematyczno-fizycznej, wszystko przecież jest zgodne z logiką, ewolucja też. Do pewnego momentu – kiedy w jakimś artykule zobaczyłam pytanie: po co ten świat jest, do czego zmierza? No dobrze, jest jakiś początek, jest rozwój, ewolucja – ale w jakim celu, po co, do czego to ma prowadzić? Jak to jest, że ewolucja obejmuje wszystkie stworzenia, więc człowiek się rozwija, potrafi już rakiety budować, poleciał na księżyc, a pies nie potrafi sobie nawet budy zbić?

To było ważne pytanie, bo ono pokazało mi pewną jałowość takiego „porządnego” życia – ciągły wysiłek, ciągłe obowiązki – uczyć się, pracować, czytać, pisać, sprzątać, gotować i co dalej? Co z tego będzie, co mi to da? No cóż, na razie nie miałam odpowiedzi, nie wiązałam tego pytania z Bogiem, więc zdałam maturę, wyjechałam na studia, a ze studiów wróciłam już z mężem i z synkiem. Oboje dostaliśmy pracę na WSI w Radomiu, no i nastąpił ciąg dalszy „porządnego” życia. A w pracy miałam kolegów – też inżynierów, matematyków, specjalistów od logicznego myślenia….Ale jeden z nich miał świadomość dwojakiej natury człowieka – szukał innego, „duchowego” życia, nawet interesował się spirytyzmem. A na pewnym wyjeździe na konferencji naukowej spotkał kogoś wierzącego, kogoś kto wiedział coś o Bogu, doświadczał Bożego działania i opowiedział o tym naszemu koledze. I kolega podzielił się tym z nami i to od niego dowiedziałam się, że między Bogiem a człowiekiem jest przepaść – bo Bóg jest święty, a żaden człowiek święty nie jest i sam z siebie święty nie będzie. Każdy ma swoje pragnienia, pożądania, emocje, nawet tzw. „porządny” czyni czy mówi rzeczy, które Bogu podobać się nie mogą i nie będą, a to oddziela ludzi od Boga i nie pozwala, aby do Niego

się zbliżyć. Ale jest rozwiązanie!!! To rozwiązanie dał ludziom Odkupiciel, Zbawiciel, Jezus Chrystus. To On, umierając na krzyżu dobrowolnie złożył swoje ciało jako ofiarę za grzech ludzi i został wzbudzony z martwych. Przyjęcie tej ofiary Jezusa jako zapłaty za własne grzechy otwiera drogę do Boga, Jego śmierć i zmartwychwstanie kładzie most nad przepaścią między Bogiem a ludźmi.

Kiedy to usłyszałam, to dopiero wtedy uświadomiłam sobie, kim jest Jezus. Znałam Jego imię, ale nie wiedziałam, co to znaczy Zbawiciel, Odkupiciel. Porządnie chodziłam na religię, ślub był kościelny, więc spowiedzi też były, a jednak nie wiedziałam, jakie znaczenie dla człowieka i jego życia miała ofiara złożona przez Jezusa. Ale jak się dowiedziałam, popatrzyłam na swoje „porządne” życie i zobaczyłam w nim pewne rzeczy, które Bogu podobać się nie mogły. Chciałam z tym przyjść do Jezusa, ale tutaj logiczno-matematyczny umysł stanął mi w poprzek: jak to, jak to się mogło stać, że Jezus został przywrócony do życia? Przecież śmierć to śmierć, jak człowiek umrze, to już nie żyje, koniec!!!

Zwróciłam się z tym do kolegi, że nie mogę uwierzyć w zmartwychwstanie Jezusa, co robić? I kolega mi poradził – przyjdź z tym do Boga, powiedz Mu o tym. Trudno mi było w to uwierzyć, ale zrobiłam tak – po prostu powiedziałam o tym Panu Bogu. Powiedziałam i czekałam na odpowiedź, położyłam się, chyba zasnęłam na jakiś czas. A kiedy obudziłam się i wstałam, nie miałam żadnych wątpliwości!!! Jeżeli jest Bóg, to jest to Bóg wszechmogący, On może wszystko!! Wszystko, absolutnie wszystko, skoro On daje życie, to może i zmarłego do życia przywrócić. I jednocześnie miałam silne przekonanie, że dla Boga ważne jest tylko to, co On sam uważa za właściwe i cenne, żadne ludzkie uczynki, tzw. „obowiązki” wierzącego. regularne chodzenie do kościoła, obchodzenie świąt, modlitwy pokutne po spowiedzi, klękanie przed obrazami.

Więc uklękłam przed Panem Bogiem, powiedziałam Mu o tym, co poruszyło moje sumienie, przyznałam się do tych uczynków mojego „porządnego” życia, o których wiedziałam, że nie są dobre i poprosiłam o przebaczenie. I wtedy doświadczyłam przebaczenia i wiedziałam, że zostało mi przebaczone. Ale ważne było także to, że poczułam się wolna od tych wszystkich religijnych zwyczajów, rytuałów, które wykonywałam z obowiązku, ale nie prowadziło to do duchowego życia. I poczułam także, że chcę bardziej, lepiej poznać mojego Zbawiciela i Boga, Jego zasady. Zaczęłam czytać Boże Słowo, Biblię. Zaczęłam od Nowego Testamentu – no i wtedy dowiedziałam się, co to znaczy porządne życie w oczach Pana Boga – przebaczaj innym, módl się za tych, co ciebie źle traktują, miłuj bliźniego swego jak siebie samego, nie osądzaj drugiego człowieka i szanuj go, bądź cierpliwa i wyrozumiała. Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło przezwyciężaj dobrem (Rz. 132:21) Czcij swojego Zbawiciela, swojego Boga, bądź uczciwa wobec Niego, On widzi twoje życie i zna twoje myśli, niczego nie ukryjesz. Ale On chce ci pomóc, chce ci pomóc zmienić się, abyś mogła / mógł stać się taką osobą, która się Bogu podoba, żyje według Bożych zasad, szanuje i miłuje Pana Boga i czyni innym dobro, niesie miłość.

I moje / nasze życie zaczęło się zmieniać. Narodziłam się na nowo, stałam się dzieckiem Bożym – Ew. Jana 1:12, przyjęłam chrzest przez zanurzenie w wodzie, małżonek także. Bóg uwolnił mnie z nałogu – przestałam palić papierosy, nauczyłam się szacunku do mojego męża, do innych, alkohol przestał być koniecznym elementem imprez towarzyskich. Urodziłam kolejne dzieci, szóstkę – trzech chłopców, trzy dziewczynki. Wychowaliśmy je, dorosłe także przyjęły Pana Jezusa jako swojego Zbawiciela, stały się Jego dziećmi. Jedna córeczka czeka na mnie w niebie, urodziła się z glejakiem mózgu, miała trzy latka, kiedy odeszła. PAN dał, PAN wziął, niech imię PANA będzie błogosławione (księga Hioba 1:21). Widzę, że Pan, nasz Bóg stale mi / nam pomagał i pomaga. Mamy gdzie mieszkać, mamy za co żyć, wychowaliśmy dzieci, jestem pewna, że to mój Bóg prowadził mnie w pracy zawodowej, w pisaniu prac

naukowych. Kiedy przyjęłam Jezusa Chrystusa jako mojego osobistego Zbawiciela, mój Pan, mój Bóg też mnie zmienił. Zawsze byłam introwertyczką, co znaczy, że trudno mi było mieć kontakty towarzyskie, chociaż jak wszyscy chciałam takich relacji z innymi. A teraz wiem, że nawet jak nie mam aktywnych kontaktów z ludźmi, ze znajomymi, zawsze jest ze mną mój Pan, mój Bóg i nie czuję się samotna. On daje mi pokój, daje mi radość, mam pewność Jego wsparcia, pomocy w trudnych sprawach. Zaczynam dzień od przywitania się z Nim, uwielbiam śpiewać na Jego chwałę.

Wielu ludzi w swoim życiu kieruje się myślą, że na zbawienie można zapracować „dobrymi uczynkami”, pozyskując przychylność Boga, spłacając dług wobec Niego. Ale to nie jest prawda – na zbawienie niczym nie można sobie zasłużyć, ponieważ jest ono darem Boga, z łaski, za darmo, przez wiarę, nie z uczynków, aby się nikt nie chlubił. (Efezjan 2.8-10).

Wiem, że niedługo zobaczę się z Nim. Jak napisał Antoni Edward Odyniec: ”Coraz bardziej i wyraźniej czuję, że umieram. I bez bojaźni, z ufnością, o krzyż się opieram”. Chwała Bogu, chwała Jezusowi, dziękuję Panie za twoją miłość, dobroć, za pomoc, za tę pewność pięknego spotkania z Tobą!!!

5 Odpowiedział Jezus: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się kto nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do Królestwa Bożego.

6 Co się narodziło z ciała, ciałem jest, a co się narodziło z Ducha, duchem jest.

7 Nie dziw się, że ci powiedziałem: Musicie się na nowo narodzić.
J 3, 3-7
Dane kontaktowe:
Kościół Chrześcijan Baptystów
Zbór w Radomiu
ul. Głowna 12 U3,
Radom 26-600
kontakt@domojca.pl +48 881 632 131
Dane do przelewu:
Zbór Kościoła
Chrześcijan Baptystów
52 1240 1789 1111 0010 9281 9046
Polityka prywatności
© 2023 Wszelkie prawa zastrzeżone. Dom Ojca